Strona główna | Nasza Parafia | Grupy parafialne | Galeria | Poradnia rodzin | PRD | Kontakt         wersja mobilna moderator
Dzisiaj SWFObject embed



Liczba odwiedzin:
Liczniki dla stron
od 21.02.2009
Dzisiaj imieniny:


Twoje IP:

Gości on-line:








Drogi do Niepodległości Polski w XX wieku




autor: Marek Jabłeka - Ćwiklice - kwiecień 2001 dodano: listopad 2013, Admin
Niniejsza treść została zamieszczona ku pamięci ++ Antoniego Pitlok z Ćwiklic. Urodzony 8 września 1922; zmarł 30 kwietnia 2009


Miniony XX w był stuleciem, w którym dokonał się największy postęp techniczny. Był to także wiek najkrwawszych konfliktów zbrojnych w historii ludzkości. Dwóch wielkich wojen, w których Polacy niejednokrotnie musieli podkreślać, iż ich największym pragnieniem jest zamieszkanie we własnym i niepodległym państwie. Droga naszych rodaków do niepodległości była wyjątkowo długa i trudna. Zaczęła się bowiem już w XVIII W., a dokładniej w 1772 r., po pierwszym rozbiorze. Zakończyła się dopiero na końcu wieku XX, w roku 1989. W tak długiej - 217 letniej walce - najważniejszą rolę odegrał wiek XX. W nim Polacy najpełniej pokazali cel swych dążeń.


od autora:
Mieszkam w Ćwiklicach — niedużej wiosce graniczącej z Pszczyną, z tego wzglądu chciałbym się skupić na drogach Slązaków do niepodległości Polski. Jako ukoronowanie mej pracy, a jednocześnie jej zakończenie umieściłem chyba najciekawszą i najbardziej niesamowitą drogę do niepodległości, jaką kiedykolwiek poznałem. Drogę, którą podążał mój dziadek. Wiodącą od pokrytej śniegami Rosji, poprzez słoneczne Włochy, deszczową Anglię, aż po Ojczyznę. Drogę trwającą 4 lata i 11 miesięcy, mierzącą kilkanaście tysięcy kilometrów.
Wracając jednak do Śląska. Kraina ta od wielu wieków była przedmiotem sporów między Prusami i Austrią. W wyniku długotrwałych wojen toczących się pomiędzy tymi mocarstwami w XVIII w. doszło do aneksji Śląska i zaboru jego terenów przez Prusy. W tym czasie rozpoczęło się zniemczanie ludności polskiej zamieszkującej teren zajęty przez Prusy. Akcja ta nie przyniosła jednak pożądanych efektów, gdyż mieszkańcy wiosek nie mieli zamiaru posługiwać się językiem innym niż ojczysty. Z drugiej strony brakowało nauczycieli. Dodatkowym czynnikiem germanizacyjnym miało być sprowadzenie i osiedlenie na terenie Górnego Śląska kilkunastu tysięcy Niemców. Z tą myślą stworzono także wiele fabryk z niemiecką administracją, w których to można było się posługiwać tylko językiem Niemieckim. Przedsięwzięcia te tylko w niewielkim stopniu zgermanizowały ludność Śląska i to głównie Dolnego. Wszystkie te czynniki spowodowały pewną odrębność Ślązaków od reszty narodu. Wyzyskiwani przez zaborcę ludzie, którzy przechodzili z rąk, do rąk stworzyli swoją kulturę, a właściwie swoją „narodowość". Tworzyli odrębny naród, który swą przyszłość chciał związać z Polską, bo w tym właśnie kraju widzieli swą świetlaną przyszłość.

XX wiek



Początek XX w. to okres bardzo niespokojny. Robotnicy zaczęli strajkować, domagali się podwyższenia zarobków i polepszenia warunków pracy. Zaczęły się pojawiać żądania uwzględnienia języka polskiego w kościołach i szkołach.
Nasilenie akcji strajkowych przypadło na lata 1905-1907, później ruch ten uspokoił się. W odpowiedzi wydano wyjątkowo dużo ustaw antypolskich i rozporządzeń dotyczących zwalczania polskości. W szkolnictwie wprowadzono surową dyscyplinę i karano dzieci za używanie języka polskiego.
Tuż przed wybuchem I wojny światowej, w 1913 roku zorganizowano na terenie Górnego śląska strajk, który był największym z dotychczasowych wystąpień robotników. Był on możliwy dzięki licznym wyrzeczeniom i ofiarom ze strony robotników i ich rodzin. Stanowił on ważny krok w kierunku dojrzewania ludu śląskiego do późniejszych wydarzeń.
Ze wspomnień jednego z mieszkańców mojej miejscowości wiadomo, iż niedługo po tym wydarzeniu odbył się w Ćwiklicach, na terenie gospodarstwa pana Szczepana Kolnego, wiec polski. Wzięli w nim udział nie tylko mieszkańcy wioski, ale także ludzie zamieszkujący sąsiednie miejscowości. Spotkanie to miało charakter narodowy. Zebrani wyrażali swe poparcie dla działalności Wojciecha Korfantego, który miał ogromną popularność na tych terenach.

Udział mieszkańców mojej miejscowości w I wojnie światowej.


Ze wspomnień Adolfa Grajcarka możemy wyczytać, iż podczas trwania konfliktu sytuacja mieszkańców Ćwiklic była bardzo ciężka. Brakowało żywności, która w dodatku była tylko na kartki. Ludzie ukradkiem mielili zboże na żarnach, mimo, iż groziła im za to surowa kara. W dodatku żandarmi konfiskowali mieszkańcom „nadmiar" żywności.
Ludzie wciągani byli w konflikt — zaciągano ich w szeregi niemieckiego wojska, aby walczyli za zupełnie obcą im sprawę. Działalność polskich organizacji uległa znacznemu osłabieniu, a postępowanie władz niemieckich było jeszcze bardziej zdecydowane, aniżeli w czasie poprzedzającym konflikt. W wyniku działania wielu różnorodnych czynników i procesów pod koniec I wojny światowej ludność Górnego Śląska była w ogromnej mierze polska. Niemała część była w pełni świadomymi Polakami. Istniejąca wcześniej świadomość wyzysku gospodarczego i ekonomicznego tych ziem ustąpiła miejsca dążeniom narodowowyzwoleńczym.
Wreszcie po stu kilkudziesięciu latach niewoli powstało niepodległe państwo polskie, z własnym rządem, urzędami i szkołami. Zaczęto organizować polskie wojsko. Na Śląsku zmiany te nie miały jednak takiej formy. Niemczyzna pozostała w urzędach, szkołach i zakładach pracy. Pozostało niemieckie wojsko i policja. Wszystko dlatego, iż w traktacie podpisanym w Wersalu 28 czerwca 1919 roku zwycięskie mocarstwa nie przyznały Polsce Górnego Śląska. O przynależności tych ziem miał zadecydować plebiscyt.

Plebiscyt i I powstanie śląskie



Zaplanowano go na 20 marca 1921 roku. Decyzja wywołała wśród Ślązaków ogromne niezadowolenie. Wiedzieli oni, iż przynależność tych ziem do Polski nie była rzeczą pewna_ zdawali sobie sprawę z tego, Ze na terenach tych mieszka mnóstwo ludności niemieckiej, przywiezionej jeszcze w XVIII i XIX w. Z tego względu, aby podkreślić swe pragnienia Ślązacy zaczęli się przygotowywać do wystąpień zbrojnych, w wyniku, których doszło do trzech powstań śląskich w latach: 1919, 1920 i 1921. Nie znaleziono jednak pomocy w
Polsce, która podchodziła do tego zjawiska z daleko posuniętą ostrożnością. Rząd obawiał się, by walki nie przeniosły rewolucyjnych wystąpień oraz by nie zmienił się stosunek zachodnich mocarstw do Polski, która dopiero, co odzyskała niepodległość. W tamtych czasach rząd zajmował się głównie sprawą wschodnich granic i zagrożeniem ze strony Rosji. Rozstrzygnięcie sprawy Śląska pozostało więc w rękach samych Ślązaków, a także łaskawości Wielkiej Czwórki.
Powstanie przygotowywano już wcześniej w różnego rodzaju organizacjach sportowych i wojskowych. Głównym komendantem okręgu pszczyńskiego był Stefan Krzyżowski, pracownik Banku Ludowego w Pszczynie, natomiast organizatorem na powiat pszczyfiski — Alojzy Fizia. Jak wiadomo ze wspomnień jednego z ówczesnych posłów pochodzącego z Ćwiklic: organizatorami w wiosce byli Alojzy Grygier z Podlesia oraz Adolf Grajcarek.
Pospiesznie w nocy z 16 na 17 czerwca 1919 roku o godzinie 2.00 w nocy zorganizowano zbiórkę powstańców z Ćwiklic w domu pana Adolfa Grajcarka. Stawiło się kilkanaście osób. Grupa ta pod osłoną nocy przemaszerowała do miasta, gdyż główna zbiórka okręgu pszczyńskiego zaplanowana była w budynku Banku Ludowego w Pszczynie. Wszystkie plany związane z podziałem zadań dla poszczególnych oddziałów były już gotowe. Zadaniem powstańców z Ćwiklic, Rudoltowic i Goczałkowic było zaatakowanie trzech obiektów: mostu na Wiśle w Goczałkowicach, budynku dworca kolejowego w Pszczynie oraz siedziby niemieckiej policji w Pszczynie. Nie wszyscy powstańcy byli uzbrojeni — było kilka karabinów i parę strzelb myśliwskich. Rozpoczęta walka była bardzo nierówna i nie dawała szans Polakom, gdyż Niemcy spodziewali się ataku już wcześniej i oczekiwali go w pełnym rynsztunku.



Na moście w Goczałkowicach zginęło trzech powstańców. Grupy atakujące musiały się wycofać w wyniku silnego ostrzału niemieckich karabinów. Akcja zakończyła się porażką, a powstańcy zmuszeni byli do ucieczki za Wisłę do obozów uchodźców w Oświęcimiu, Sosnowcu i Dziedzicach.
Po powstaniu Niemcy okrutnie rozprawili się z uczestnikami akcji zbrojnej oraz z ich rodzinami. Aresztantów trzymano i katowano w lochach zamku pszczyńskiego, a następnie wywożono do więzień w Raciborzu, Gliwicach lub Strzelcach. Członkowie utworzonego potajemnie biura informacyjnego w Pszczynie sporządzali liczne protokoły na temat tych nieludzkich gwałtów na Polakach dokonanych przez Grenzschutz. Niedługo po I powstaniu na Śląsk przyjechała komisja aliancka, której przekazano owe protokoły. Kolejną organizacją którą utworzono w tym czasie w Pszczynie był oddział Polskiego Czerwonego Krzyża. Zajmował się on niesieniem pomocy materialnej aresztowanym Polakom i ich rodzinom. Pomimo wszystkich tych represji dnia 3 grudnia 1919 roku ogłoszono amnestię i powstańcy powrócili do swych domostw.
Chociaż I powstanie zakończyło się klęsko to nie pozostało bez znaczenia, wzmocniło ono bowiem jeszcze bardziej dążenia narodowowyzwoleńcze Polaków z tego obszaru. Echem tego wystąpienia zbrojnego były wybory samorządowe, które odbyły się 9 listopada 1919 roku. Na ogólną liczbę 11255 radnych wybrano 6822 radnych narodowości polskiej i 4373 narodowości niemieckiej. W powiecie pszczyńskim 85,2% głosów padło za kandydatami polskimi

II powstanie śląskie



Niemcy starali się wykorzystać fakt, iż podczas kampanii plebiscytowej Polska prowadziła wojnę z Rosją Radziecką, a jej losy znalazły się nawet pod znakiem zapytania. Wysunęli więc propozycję przejęcia Śląska bez plebiscytu, na Międzynarodowej Konferencji w Spaa. Działalność niemieckich nacjonalistów na ziemiach południowej Polski nasilała się, z tego właśnie względu Polski Komisariat Plebiscytowy zarządził pogotowie bojowe.
Dnia 19 sierpnia 1920 dowództwo POW — u (Polskiej Organizacji Wojskowej) wydało rozkaz o rozpoczęciu II powstania śląskiego. Z odezwą do narodu wystąpił Wojciech Korfanty.
Wybuchło powstanie. Tym razem przygotowanie powstańców i poziom organizacji był o wiele wyższy, aniżeli poprzednio. Objęło ono także o wiele większy obszar.
24 sierpnia Międzysojusznicza Komisja Plebiscytowa wydała rozporządzenie o organizacji polsko-niemieckiej policji plebiscytowej, która miała lepiej chronić mieszkańców, aniżeli dotychczasowa niemiecka policja. W Dyrekcji Księcia Pszczyńskiego obradowała polsko-niemiecka komisja, której zadaniem miało być stworzenie wspomnianej policji. Nad bezpieczeństwem obrad czuwały oddziały wojska francuskiego i włoskiego stacjonujące w mieście. Obrady jednak przerwano, gdyż w stronę Pszczyny maszerowało około dwa tysiące uzbrojonych powstańców. Chcieli oni szturmem wziąć miasto i rozprawić się z dotychczasową niemiecką policją. Prowadzący obrady ze strony polskiej natychmiast uciekli do Ćwiklic, gdzie uprzednio zatrzymano powstańców, a pertraktacje ponowiono w sąsiedniej wiosce, Jankowicach. Major aliancki, pełniący funkcję kontrolera powiatowego, domagał się złożenia broni przez powstańców. Zrobiono to dopiero po oficjalnym przyrzeczeniu aliantów, iż dotychczasowa niemiecka policja zostanie usunięta z miasta. jedynymi ofiarami powstania na tych terenach było dwóch mieszkańców Ćwiklic: Jan Skrobol i Jan Chrobok.
20 marca 1921 roku odbył sie plebiscyt, zgodnie z postanowieniem Traktatu Wersalskiego. Zaangażowanie Polski i Niemiec było ogromne. Cały teren plebiscytowy zarzucono tysiącami ulotek, afiszów, gazet i broszur.
Z ust mieszkańców można było usłyszeć liczne złośliwe wierszyki:

„Kto jest głupi jako ciele,
Głos za Niemcem da w niedzielę”;
„Na bok Niemcy z marmoladą,
bo Polacy ze szpyrką jadą! ";
„Precz Germany z marmoladą,
Bo Polacy na szpyrce jadą".


W mojej wiosce uprawnionych do oddania swego głosu było 657 osób, w tym 54 osoby zamieszkujące na terenie Niemiec i 3 osoby na terenie Polski poza wioską. Za Polską opowiedziały się 494 osoby, a za Niemcami 155 osób, 2 głosy unieważniono, a 6 osób nie wzięło udziału w głosowaniu. W całym powiecie oddano 53370 głosów za Polską i 18675 za Niemcami, choć w samej Pszczynie przewaga była po stronie niemieckiej (2843 głosy, a Polska — 910). Ogólny wynik na Górnym Śląsku był jednak niekorzystny - 40,3% za przyłączeniem do Polski, a 46, 3% za przyłączeniem do Niemiec. Nie oznaczało to jednak automatycznego włączenia Śląska do Niemiec — ostateczną decyzję miały podjąć państwa Ententy. Zdaniem Niemców, Włochów i Anglików, cały teren plebiscytu należało włączyć do państwa niemieckiego. Polska i Francja wysunęły zaś propozycję, aby oddać Polsce te gminy, których ludność opowiedziała się za przyłączeniem do Rzeczpospolitej. Kwestię tę miała rozstrzygnąć Komisja Plebiscytowa. Czas mijał, a porozumienia nie osiągnięto. Lud śląski nie mógł bezczynnie czekać na rozwój wydarzeń.
W nocy z 2 na 3 maja 1921 roku wybuchło trzecie już powstanie śląskie. Było ono najdłuższe, trwało bowiem aż dwa miesiące. Wzięło w nim udział o wiele więcej ludzi, aniżeli w poprzednich — około pięciu tysięcy. Jego zasięg terytorialny był największy w porównaniu z dwoma poprzednimi. Niestety powstańcy nie uzyskali prawie żadnej pomocy ze strony państwa, które raczej dążyło do jego powstrzymania. Z drugiej strony powstańcy napotkali opór silnie zaangażowanych w te sprawy Niemiec, chcących zdławić tą akcję zbrojną za wszelką cenę. Ze wspomnień mieszkańców spisanych przez pana Adolfa Grajcarka wiadomo, że:
Pszczyna i cały powiat pszczyński wzięły znaczny udział w III powstaniu śląskim. Powstańcy z Ćwiklic zostali podzieleni na dwie grupy. Jedna ich część wraz z powstańcami z Miedznej znalazła się pod komendą dr Golusa tworząc VI kompanię II pułku pszczyńskiego. Druga część pod dowództwem Kędziora była skierowana w okolice Kędzierzyna. Powiat pszczyński został opanowany przez powstańców bardzo szybko. W innych rejonach Śląska toczyły się długie i zacięte boje o wolność. Najcięższą i największą walkę stoczyli powstańcy o Górę Świętej Anny. W walce tej udział wzięli również mieszkańcy mojej wioski Karol Skrobiol, Alojzy Kudzielka, Franciszek Liberka, Teofil Balcarek. Po zakończeniu powstania kompanie pszczyńskie pomaszerowały do Jankowie bądź do Orzesza, gdzie uprzednio zorganizowano punkty składania broni. Do czasu ogłoszenia amnestii powstańcy pozostawali w obozach dla uchodźców.
Latem 1921r. nadal trwał spór o podział Śląska między państwami Ententy. Spór ten przeniesiono następnie na forum Ligi Narodów. Wreszcie 12 października 1921 roku Rada Ligi podjęła decyzję, w wyniku, której z całego terenu plebiscytowego Polska otrzymała 29% powierzchni. Do Polski powróciły następujące powiaty: Katowice - miasto i wieś, Królewska Huta(Chorzów), Lubliniec, Tarnowskie Góry, Rybnik i Pszczyna. Była to najbogatsza część Śląska. Poza granicami Polski pozostała jeszcze duża część Górnego Śląska z dość liczną ludnością polską.
W czerwcu 1922 roku po krwawych walkach powstańczych nadeszła upragniona chwila przejścia ziemi pszczy-ńskiej, a więc i ćwiklic do Polski. już kilka dni wcześniej Urzędy i gmachy publiczne znalazły się w rękach polskich.
Rugowany przez wiele lat język polski wrócił do szkól. Radość i wolność trwała tylko kilka lat ...



Wspomnienia ++ Antoniego Pitlok z Ćwiklic.
autor: Marek Jabłeka (wnuk) - Ćwiklice - kwiecień 2001






Moja wioska w okresie okupacji i II wojny światowej



Ze wspomnień mego dziadka, Antoniego Pilotka, dowiedziałem się, iż już przed rozpoczęciem wojny w Lipcu i sierpniu 1939 roku „wisiało coś w powietrzu". Wszyscy liczyli się z wybuchem wojny. Z oczu mieszkańców można było wyczytać niepokój. Ćwikliczanie zatrudnieni byli przy budowie bunkrów i okopów na przedpolach Pszczyny. Jeden z okopów znajdował się dokładnie w tym miejscu, gdzie znajduje się obecnie mój dom. Przez wioskę raz, po raz przemaszerowywaly oddziały Wojska Polskiego. Dnia 1 września 1939 roku od ranka główną drogą prowadzącą przez sam środek Ćwiklic zaczęły maszerować rzesze cywilów. Od świtu słychać było warkot silników niemieckich bombowców, a także huk wystrzałów. Mieszkańcy pytali przechodniów: „Co się dzieje, dlaczego uciekacie". W odpowiedzi usłyszeli, iż zbliżają się Niemcy, zabijają ludzi, albo obcinają języki. Wieś opanowała ogólna panika, nikt nie miał pojęcia co z sobą zrobić. Mieszkańcy nie myśleli logicznie. Jak wspomina dziadek, jego rodzice zadawali sobie później pytanie: „Po co my uciekomy, przecież my znomy Nimiecki?".
Ludzie w popłochu pakowali swój dobytek i podążali na wschód. Najcenniejsze rzeczy (pościel, ubrania, żywność, itp.) załadowano na furmanki, do których następnie przywiązano bydło. Moi pradziadkowie spakowali wszystko przed północą — zabrali głównie żywność, a do wozu przywiązali krowy — włożyli na niego siedmioro z ośmiorga dzieci (najstarszy syn, Józef pozostał, aby zaopiekować się żywym inwentarzem, którego nie zabrano). Wyjechali w stronę rzeki Wisły (wioski ivliedznej). Dotarli do mostu na Wiśle, gdzie przenocowali, następnego dnia rano postanowili przekroczyć most i uciekać dalej. W Sobotę 2 września mój dziadek postanawia wrócić do Ćwiklic, aby pomóc bratu, który pozostał. Około godziny 10:30 niedaleko wioski napotyka żołnierzy polskich uciekających z płonących Ćwiklic. Przestraszony, 17-letni wówczas chłopak przyłącza się do nich i wraca do swych rodziców nad Wisłę.
Następnie uchodźcy zniszczyli za sobą most pozwalający przeprawić się przez królową polskich rzek. Niemcy rozpoczęli nalot, w odpowiedzi mioi krewni uciekli aż pod Kęty. Po czym postanowili wrócić do domu. Sforsowali Wisłę i rankiem 3 września, tj. w Niedzielę około godziny siódmej docierają do Ćwiki-ie. Ich oczom ukazuje się nieprawdopodobny widok. Zabudowania gospodarcze - wypełnione suchą słomą po urodzajnym roku stodoły — są doszczętnie spalone. Wszędzie leży pełno trupów. Józefa idącego z porannej mszy spotkali około godziny 7:00. Poinformował ich, iż dom się ostał, ale stodoła i zabudowania gospodarcze spłonęły. Powiedział im również, o swoich perypetiach w ciągu ostatnich dni. O tym, iż omal, że nie został rozstrzelany.
W Sobotę, gdy Niemcy weszli do Ćwiklic i zobaczyli młodego chłopca (19 lat) od bez pytania postawili go pod mur i chcieli rozstrzelać.,. Ale chłopak, który ukończył Gimnazjum, ku ich wielkiemu zdziwieniu zadał im po niemiecku pytanie: „Co wy chcecie ze mną zrobić, mój ojciec był w Niemieckim wojsku". Zaskoczonych żołnierzy odepchnęła takie pytanie. Po chwili zabrali go na sąd do sąsiada, pana Koloczka, który umiał mówić po niemiecku. Wybronił Józefa, który następnie wrócił do domu.
W międzyczasie, gdy moi krewni uciekali, w mojej wiosce rozgorzała bitwa. W nocy 2 września około 4:00 siły polskie dotarły do Ćwiklic, były to: II dywizjon 6 pułku artylerii lekkiej (II/ 6 pal) oraz II i III batalion pułku piechoty z Tarnowa (II i III/ 16 pp). Na północ od głównej szosy, na zachodnim skraju wioski zajęli swe miejsca żołnierze baterii 4 II/6pal. Oddziały wraz z końmi zgromadzono w lasku Brzezina — 1 km na wschód od pozycji baterii. Baterię 5 umiejscowiła się na zachodnim krańcu Ćwiklic, ale po południowej stronie szosy. Zaopatrzono ją w dwie jednostki ogniowe, gdyż miała za zadanie przyjąć główny ciężar walki. Pozycje pod lasem zajęły także II i III batalion 16 pp. z Tarnowa (dowódcą był ppłk Matuszek).

Piechota posiadała broń strzelecką, a także działa „pamiętające" czasy poprzedniej wojny — haubice o kalibrze 75 mm przeznaczone do walki z piechotą. Wszystko odbywało się w niezwykłej scenerii — całą wioskę spowiła długo utrzymująca się wyjątkowo gęsta, biała jak mleko mgła. Gdy wreszcie około godziny 10:00 mgła opadła, na punktach obserwacyjnych dostrzeżono niemieckie czołgi. Stawianie im oporu nie miało najmniejszego sensu — punkty obserwacyjne zostały rozbite. Umiejscowiony pod lasem II/16 pal (dowódca ppłk Kondracki) został zaskoczony przez kilkadziesiąt nacierających niemieckich czołgów. Byli to ludzie przygotowani do walki z piechotą, a nie z pojazdami opancerzonymi, których nawet się nie spodziewali. Walka była nierówna i krótka. Niemcy rozgromili Polaków. Garstka ocalałych żołnierzy wycofała się w okolice Oświęcimia. Utracono działa, gdyż z 70- ciu koni, które miały je odciągnąć na wschód, natarcie przeżył tylko jeden. Jeszcze tragiczniejsza w skutkach był rozkaz płk Misiąga, dowódcy II/ 16pp, który rozkazał swym żołnierzom przystąpić do boju z wrogiem. Załoga wyszła w lasu i maszerowała na zachód, w kierunku wsi. W ten sposób planowano powstrzymać niemieckie natarcie pancerne. Bitwa rozpoczęła się około godziny 11:00. Po jakimś czasie z lasu wyszedł także III/ 16 pp, który miał maszerować równolegle, ale nieco z północy. W połowie drogi pomiędzy lasem Brzezina, a Ćwiklicami, II batalion spotkał się z niemieckimi czołgami. Żołnierze byli w szczerym polu. Nie było żadnych okopów, żadnego miejsca, gdzie mogliby się schronić. Broń strzelecka, którą posiadali nie dawała im żadnych szans. Strzały odbijały się od pancerzy czołgów, które były szybsze od nich, nie mogli więc dobiec do lasu. Beznadziejną sytuację do końca swego istnienia wspierały 3 działa plutonu artylerii. Batalion rozstrzelano ogniem broni maszynowej umieszczonej na wieżyczkach czołgów. Zbyt wolnych, a niejednokrotnie rannych piechurów dobijano, miażdżąc ich gąsienicami pojazdów. Batalion II przestał w ogóle istnieć. Natomiast Batalion III, który wyszedł z lasu trochę później również poniósł wielkie straty, ale wszyscy, którzy przeżyli zdążyli uciec w gąszcz, gdzie czołgi obawiały się wjechać. Finał walki nastąpił późnym popołudniem. W wyniku zmasowanego ataku sił niemieckich na terenie Ćwiklic, a zwłaszcza pod lasem zginęło 217 polskich żołnierzy. Ich w większości zmasakrowane przez czołgi ciała złożono w dwóch zbiorowych mogiłach pod lasem i w grobie na lokalnym cmentarzu. Pan Franciszek Makuch, uczestnik tej bitwy w liście do dyrekcji sp. nr 7 w Ćwiklicach pisze:

„(..)zmasowany ogień wroga nie pozwała nam iść dalej, jesteśmy przykuci do ziemi. (...) Czołgi nieprzyjacielskie tańcząc jak na zabawie, wgniatają zupełnie żywych żołnierzy w ziemię. (...) Niemcy po dotarciu do lasku dobijali tych, co jeszcze żyli."

Nazajutrz po bitwie, gdy część ludzi powróciła i zastała zgliszcza swych domów, stodół oraz budynków gospodarczych, wzięła się do odbudowy. Wszyscy się wszystkim dzielili. Ziemię usianą rozpryskami i łuskami nabojów trzeba było oczyścić, aby móc na niej cokolwiek uprawiać. Gospodarze, których domy ocalały przyjmowali poszkodowanych pod swe dachy do czasu odbudowania zniszczeń. Władzę we wsi objęli Niemcy, którzy zabronili mówić po Polsku. Sytuacja mojej rodziny nie była taka zła, gdyż pradziadkowie uczęszczali do niemieckich szkół i znali język niemiecki dosyć dobrze. Zaraz też wprowadzono kartki na żywność. Na stanowisku burmistrza osadzono Ericha Seemanna, który wraz z żoną zamieszkał w „małej szkole" na piętrze. W tym samym budynku na parterze umiejscowiono urząd gminy. Seemann zmarł w grudniu 1943, a jego funkcję objął miejscowy leśniczy, Jendrysko.
Zaraz też, przeprowadzono rozpoznanie wśród ludności Ćwiklic. W grudniu 1939 roku odbyło się policyjne zgłoszenie swej przynależności. Pod terrorem okupanta około 95% ludności przyznało się do niemieckości. Mały plebiscyt poprzedzony był pouczającym zebraniem, które odbyło się 4 grudnia, na „organistówce". Osoby, które zdecydowały przyznać się do niemieckości podpisywały tzw. ;Volkslistę" i otrzymywały kategorię od „1" do „4", określającą ich stosunek do Niemiec. Podpisanie listy i otrzymanie kategorii „2" lub „3” zapewniało w miarę spokojne życie w tych strasznych czasach. Umożliwiało otrzymanie odszkodowania za poniesione straty w wyniku starć wrześniowych oraz przydziału na materiały budowlane. Wysokość tych świadczeń zależna była oczywiście od kategorii. Mężczyźni w wieku poborowym, posiadający kategorię „1", „2" lub „3" byli zaciągani do wojska, między nimi znalazł się także mój dziadek. Kategorię „4" otrzymywały osoby uznane za Polaków. Osobom tym przysługiwały kartki na żywność o połowę mniejsze. Kategorii „1" nie otrzymał żaden mieszkaniec mej wioski — oznaczała ona, iż dany człowiek jest Niemcem. Natomiast listy nie podpisało tylko kilka osób.
Młodzi chłopcy w wieku przedpoborowym oraz młode dziewczyny zobowiązane były odpracować tzw. „landówę". Była to praca na rzecz III Rzeszy. Młodzi ludzie pracowali w gospodarstwach rolnych, w zakładach pracy, w zakładach usługowych, a także w domach bogatych Niemców. Otrzymywali bardzo niskie wynagrodzenie za swą niejednokrotnie ciężką i mozolną pracę.
W roku 1940 w wiosce było raczej spokojnie. Do wojska zabierano tylko ochotników. W maju tego roku aresztowano jednak i osadzono w obozie w Dachau miejscowego duszpasterza, księdza Jana Osiewacz. Jego miejsce zajęli: od 1940 do końca 1942, ksiądz Józef Bańka; następnie od 1943 do wiosny 1944, ksiądz Emanuel Piwori; a od 1944 do końca wojny, ksiądz Józef Gawor. Na początku odprawiano w kościele jedną mszę niedzielną w języku polskim, później już tylko w języku niemieckim. Dzięki staraniom parafian, a także księdza Bańki w listopadzie 1940 roku ksiądz Osiewacz został zwolniony z obozu. Przyjechał jednak jako inny człowiek — cichy, zamknięty w sobie. Przez cały czas pomagali my ksiądz Bańka, a później ksiądz Gawor.

Dramatyczny marsz


W styczniu 1945 roku Ćwikliczanie mogli zaobserwować niezwykle dramatyczne zjawisko. Zobaczyli rzesze ludzi ubranych w pasiaki, idących w drewniakach, w 500 osobowych grupach. Szli mężczyźni, kobiety i dzieci. Ludzie ci eskortowani byli przez SS-manów, którzy co chwila rozstrzeliwali tych, którzy nie nadążali za kolumną. Ich sytuacja była tym cięższa, ponieważ w tym roku wszystkim doskwierała wyjątkowo mroźna i śnieżna zima. Byli to więźniowie obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Trasa ich ewakuacji przebiegała główną drogą Ćwiklic i trwała kilka dni. Więźniowie podążali do obozu w Rogoźnicy (Gross — Rosen). Mieszkańcy wioski, katolicy, nie mogli się pogodzić z losem tych ludzi. Kładli na drodze pożywienie, koce. Kilkakrotnie więźniowie zatrzymywali się w Ćwiklicach na nocleg. Umieszczano ich w ogromnym ścisku w położonych nieopodal drogi stodołach. Pomimo bacznych straży zdarzyło się kilka ucieczek. Jedna z nich, nastąpiła z farskiej stodoły dzięki akcji kilku Polaków, mieszkających w sąsiedztwie, w dawnej szkole, w budynku zwanym „organistówką". Ich podstęp polegał na tym, iż podsunęli oni wódkę SS-manom, powodując ich upicie. Uciekło wtedy około 30 więźniów, którzy przez następne kilka dni ukrywali się w pobliskich lasach i domach. Zorganizowano dla nich cywilne ubiory, a pasiaki spalono.
Na trasie marszu tylko na terenie mojej wioski Niemcy zastrzelili 42 więźniów. Ich zamarznięte ciała leżały w najróżniejszych pozycjach: „W jakiej pozycji upadł, w takiej zamarzł". Leżeli w przydrożnych rowach, przez kilka dni. W konspiracji wykonano zdjęcia wszystkim ofiarom, sporządzono także szczegółowe spisy na podstawie wyglądu zwłok na miejscu pochówku. Opis zawierał najczęściej płeć, narodowość, przybliżony wiek i numer obozowy pomordowanych. W akcji wzięli udział: Józef Swadźba, Antoni Grzywa, ksiądz Gawor i fotograf z Pszczyny Święch. Niestety ocalało tylko 6 zdjęć, które znajdują się w Kronice szkolnej w Ćwiklicach. Więźniów załadowano na wozy i pochowano w zbiorowych mogiłach na terenie Ćwiklic.

Koniec piekla


Pod koniec stycznia 1945 roku. Do granic Śląska w szybkim tempie zbliżały się oddziały I-go i IV-go Frontu Ukraińskiego. Wówczas z terenu Pszczyny i z okolicznych wiosek zaczęli pospiesznie uciekać cywile zwani "Besarabioki„ nazwani tak dlatego, że zostali tu przesiedleni z Niemiec, z terenów Besarabu. W ćwiklicach osiedlili się oni w 1943 roku na gospodarstwie wypędzonych pp. Grajcarków. Uciekali na zachód wraz z rodzinami urzędnicy administracji hitlerowskiej, funkcjonariusze NSDAP oraz aparat policyjny. Front się łamał. Żołnierze Wermachtu, pojedynczo, w grupach, wycieńczeni i załamani wleki się powoli w stronę Krakowa, do Strumienia. Zmęczeni i głodni, nie mający siły unieść swych ttobołkówciągneli je za sobą na czymś w rodzaju sanek.
Mieszkańcy z niepokojem oczekiwali nadejścia frontu. Większość Ćwikliczan zdecydowała się nie opuszczać swych domostw. Najcenniejszy dobytek przeniesiono do piwnic, tam też ludzie czekali na przebieg wydarzeń. W niedzielę 28 stycznia 1945 roku o godzinie 19:30 wycofujące się niemieckie wojsko opanowało centrum wsi. Dowództwo znajdowało się na probostwie, zajęto cmentarz, farski ogród oraz „organistówkę". Co chwilę słychać było wystrzały karabinów i broni maszynowej dobiegające od strony Rudoltowic. Do poważniejszego starcia doszło w rejonie skrzyżowania dróg obok krzyża. W kolejnym dniu walk nadciągnęły posiłki rosyjskie, które wyparły Niemców z wioski. W ciągu tych dwudniowych walk obie strony poniosły wiele ofiar. 137 bezimiennych żołnierzy Radzieckich pochowano w zbiorowych mogiłach na lokalnym cmentarzu, pod lasem i obok krzyża przy szosie. Po wojnie ciała ekshumowano na cmentarz w parku pszczyńskim. W wyniku starć ucierpiała również wieś. Wiele budynków zostało zniszczonych w wyniku działań artyleryjskich. Nowo wybudowana szkoła, w której pierwsze zajęcia miały się rozpocząć 1 września 1939 roku została zniszczona w około 60 %. Posesje Ćwikliczan zostały splądrowane przez wojsko Rosyjskie.



Dzieje dziadka



(Na wstępie chciałbym z góly przeprosić za wszelkie błędy w nazwach miejscowości) Mój dziadek, Antoni Pitiok otrzymał kategorię „3" „Volkslisty". W 1940 pobór do wojska odbywał się na zasadzie ochotniczego przystąpienia, zaś w 1941 roku był to już proceder przymusowy. W tymże właśnie roku, w lutym niespełna 19-letni wówczas młodzieniec otrzymał dekret o pezymusowej służbie wojskowej na rzecz III Rzeszy. Pojechał do Francji na przećwiczenie wojskowe. jak podkreśla: „Gdy ktoś odmówił służby w wojsku kierowano go do Oświęcimia albo stawiano pod ścianą". Ćwiczenia trwały trzy miesiące. Następnie podzielono żołnierzy na trzy grupy. Jedna z nich pojechała do Bordo, druga, na front Rosyjski, a trzecia, w której znalazł się mój przodek przetransportowana została nad kanał pomiędzy Anglią i Francją. Tam też wojska stacjonowały, aż do 1942 roku. W międzyczasie młody Antek otrzymał przepustkę i mógł odwiedzić rodzinne strony. Po powrocie do Francji, znów skierowano ich na ćwiczenia. Odbywały się on pod Reims, gdzie w czasie i wojny światowej stoczono wielkie bitwy: „ Były tam ogromne cmentarze wojskowe z czasów pierwszej wojny. Na pomnikach można było jeszcze odczytać daty."
W grudniu 1942 roku nastąpiło załamanie pod Staliningradem. Niemcy ruszyli na Rosjan. Stracili dużą część swego wojska, dlatego uzupełniali je oddziałami stacjonującymi we Francji. Codziennie spod Reims pociągiem wyjeżdżało 6 dywizji na wschód. Podróż była ciężka i uciążliwa, odbywała się „krowskimi„ (zwierzęcymi) wagonami, w których umieszczono piecyk na węgiel, aby żołnierze nie zamarzli.

Mój dziadek został zabrany z Francji dopiero po Świętach Bożego Narodzenia w 1942 roku. Podróż trwała 2 tygodnie i wiodła przez część Francji, Niemcy, Polskę, aż na granicę Ukraińsko-Rosyjską. Dworcami kolejowymi, które utkwiły w pamięci mojego dziadka są: Katowice, Lwów i stacja końcowa — Poltawa w okolicach Charkowa. Na miejsce dotarli w styczniu 1943 roku. Później pieszo, przy kilkunastostopniowym mrozie, brnąc po kolana w śniegu maszerowali przez 2 tygodnie w stronę frontu. Okoliczni mieszkanie, których zwerbowali Niemcy, przewozili ich plecaki na saniach, w które zaprzężono konie. Po kilkunastu dniach marszu dotarli do jakiejś opustoszałej wioski, w której napotkali pierwszy opór Rosjan. Byli to powstańcy ukrywający się w pobliski lesie.
Gdy rankiem część Niemców weszła do wioski partyzanci ich pomordowali. Dziadek wspomina, że wszedł do jednego z domów i zobaczył okropny widok. Niemca z roztrzaskaną karabinem czaszką, któremu zabrano buty. Taki widok odcisnął ogromne piętno na psychice 20 — letniego młodzieńca. Rebelia ta jednak została szybko zdławiona. Przez kolejne 2 tygodnie marszu żołnierze nie napotkali już żadnego oporu wroga. Doszli do dużej Ukraińskiej wioski Trefilówki. Następny opór Rosyjski napotkali dopiero w lutym 1943 roku. Później w śniegu stacjonowali w Trefilówce aż do lipca. W tym czasie Rosja umacniała swój front. Żołnierze wcieleni do armii III Rzeszy także zajęci byli kopanie okopów. Trefilówka znajdowała się na linii Bielograd - Oreł. Na Lipiec Niemcy zaplanowali ofensywę przeciw Moskalom. Przed lipcem, co dzień płonął w wiosce jakiś budynek, a Rosjanom tylko raz udało się przedostać do okopów wroga. Dziadek wspomina, że zobaczył w okopie Rosjanina postrzelonego przez Niemców, który krzyczał z przerażeniem: „(..)wody, wody, podajcie mi wody(..)". Chciał spełnić życzenie umierającego, gdyż był katolikiem i nie mógł patrzeć na cierpienie rannego przeciwnika, a miał jeszcze w menażce trochę tego drogocennego płynu. Przyszedł jednak jeden z jego przełożonych i krzyknął groźnie, po Niemiecku: "Ty chcesz mu podać wody?", a następnie zastrzelił rannego.
Gdy wioska została doszczętnie zniszczona, nie ostał się żaden budynek, przerzucono żołnierzy na inny front. Odbyło się to w nocy i miało zmylić przeciwnika. Ofensywę rozpoczęły niemieckie, czarne bombowce. Oddziały rozpoczęły ofensywę, ruszyły około 100 km do przodu. Młody Antoni został ranny w rękę. Odwieziono go z przebitą nabojem dłonią, do szpitala w Kijowie. Spędził tam cały miesiąc. Jak mówi: „Nie było tak źle". Wyżywienie było dobre. Był z dala od frontu, nie słyszał huku wystrzałów, nie widział „śmierci„. Humor znacznie mu się oprawił. Ale po rehabilitacji znów musiał wrócić na front. Okazało się, że podczas jego nieobecności Niemcy cofnęli się o około 100 km w tył. Walki toczyły się nadal, a dziadek otrzymał przepustkę. Pod osłoną nocy wsiadł do samochodu, którym przywożono dla żołnierzy posiłki, z położonej około 3 km dalej kuchni polowej. Przyjechał pociągiem do Dziedzic i złożył broń, w przeznaczony do tego celu punkcie, odebrał ją dopiero po urlopie. Po powrocie do domu odwiedził go wójt Ćwiklic - Erich Seemann. I powiadomił, iż jego krewny, Paweł Lubecki zaginął w akcji. Wiadomość była tym boleśniejsza, gdyż obaj mieszkali w tym samym domu i otrzymali wezwanie do wojska w tym samym czasie, ale Paweł udał się do Strasburga, a stamtąd od razu na front do Rosji. Ostatni raz widziano go w domu na przepustce w marcu 1943 roku.
Po urlopie mój przodek pojechał do Kowla, a następnie do Kijowa. W drodze, w lesie przed Kijowem partyzanci napadli pociąg, którym podróżował i wysadzili tory. Pociąg się palił, a żołnierze uciekali stamtąd przez las w inne miejsce, gdzie zorganizowano transport zastępczy. Po 3 dniach, w których mój dziadek zwiedzał Kijów, pojechał dalej, do Poltawy. Następnie przetransportowano ich pojazdami na front. Gdy znaleźli się na miejscu, okazało się, iż z dawnego batalionu pozostali już tylko nieliczni. Niemcy cofnęli się znacznie w tył, a na następny dzień zaplanowano ofensywę. Rankiem rozpoczęło się natarcie Niemieckie. „(...)Antoni Pitlok został ranny w stopę. Zranił go odłamek granatu(...)". Jak zanotowano na protokole. Przewieziono go do Lwowa, gdzie był natłok rannych. Po dwutygodniowej kuracji rozpoczęło się oblężenie szpitala rannymi z frontu. Wszystkich tych, którzy potrafili siedzieć załadowano do pociągów jadących do Austrii. Tych, którzy leżeli na łóżkach miano zabrać w kolejnych dniach. Pociąg przejeżdżał przez Kraków i Dziedzice, gdzie mój dziadek rozpoznał sąsiadkę siedzącą na dworcowej ławce — panią Masną. Nie mógł mówić po Polsku, dlatego
przywołał ją po Niemiecku i kazał przekazać informację, że został ranny w nogę i jest przewożony do szpitala w Austrii.
Pociąg dotarł do Austrii. Najpierw do Linz, niestety w tamtejszym szpitalu nie było już miejsca. Przewieziono więc rannych do Vetz, gdzie również nie było wolnych miejsc. Miejsce znalazło się dopiero w szpitalu Sankt Rafael w malowniczo położonym sanatorium w Alpach. Było to w październiku 1943 roku. Odwiedził go brat Józef i siostra Anastazja. Brat miał problemy z dojazdem, gdyż był młodym mężczyzną i wszędzie gdzie tylko napotkał niemieckie oddziały, pytano, dlaczego nie jest na froncie i sprawdzano go. Ponieważ Boże Narodzenie było za pasem dziadek wypisał wniosek o urlop. Lekarz przystał na jego prośbę. Napisał mu przepustkę i dał bilet na pociąg I klasy, dlatego, że był ranny. Jak wspomina: „W I klasie podróżowali sami oficerowie. Nie chciano mnie wpuścić do wagonu dopóty, dopóki nie okazałem świstka od lekarza. Przez całą drogę do Dziedzic nie odezwałem się do tych ludzi". Na święta w grudniu 1943 roku znalazł się w domu rodzinnym.
Przepustka minęła i na początku stycznia 1944 roku wyjechał do Świdnicy, gdzie kazano mu się stawić na odprawę. Tam przebywał miesiąc, do lutego. Wtedy podzielono stacjonujących tam żołnierzy na trzy bataliony, z których 2 pojechały do Rosji, a jeden do Włoch. Młody Antoni znalazł się w tym, który podążał na południe Europy. Podróż trwała około tydzień. Z pasją wspomina widoki z trasy przejazdu, jadąc przez Alpy przejechali przez 9 tuneli wydrążonych w tych przepięknych skalistych górach. Dotarli do Verony. Tam przydzielono go jako rolnika do pracy z końmi w Cizenie nad Adriatykiem. Zwierząt tych używano w artylerii do ciągnięcia lekkich dział. W ten prosty sposób, dzięki swej profesji dostał się z piechoty do artylerii. Wydarzenia te miały miejsce w marcu 1944 roku. W kwietniu wojska przejechały do Jugosławii, gdzie stacjonowały przez najbliższy miesiąc. W tym czasie we Włoszech, Polacy zdobywają Monte Casino. Oddziały Niemieckie wraz z dziadkiem powracają na teren Włoch, ale na ich wschodnią stronę, nad Adriatyk. W tym czasie Anglicy i Amerykanie okrążyli Rzym i zaczęli wypierać Niemców na północ. Artyleria stacjonująca w Keti prawie co dzień cofała się o dosyć spory odcinek w kierunku północnym. Po kilku dniach mój dziadek wraz ze swoim kolegą również Polakiem, Śliwką z Zaolzia, postanawiają uciec. W nocy, oddalili się, aby rzekomo nakarmić konie. Przywiązali zwierzęta. Przeczołgali się w stronę Anglików. Po drodze około północy wyrzucili swoją broń. I poszli dalej. Była piękna ciepła noc. Było dosyć jasno, gdyż księżyc był w pełni, a niebo było bezchmurne. Dotarli do domów włoskich cywili, w których powiedzieli, iż pragną przejść na stronę angielską. Włoszki pomogły im. Dały pożywienie i okłamały Niemców, którzy przyszli w poszukiwaniu uciekinierów. Dezerterzy poszli dalej. Przemaszerowali około 3 km w stronę obozu angielskiego. Ukryli się w opuszczonym budynku mieszkalnym leżącym przy drodze, po której jeździły pojazdy angielskie. Rankiem, gdy obok owego domu prowadzono grupę jeńców dołączyli do nich z podniesionymi rękami. Zaraz też zostali obszukani. Mieli przy sobie tylko jedzenie, a więc prowadzono ich dalej. Po pokonaniu około 3 km dotarli do obozu jenieckiego ogrodzonego drutem kolczastym. Przed wejściem jeszcze raz ich sprawdzono. Następnie nakarmiono więźniów. Niedługo potem zawitał tam Polski oficer. Wszystkich ustawiono w szeregu, a on zawołał: „ Kto jest Polakiem niech wystąpi". Wyszło około 60-70 ludzi, wśród nich ojciec mojej mamy. Zrobili kalko, w środku znalazł się przybysz, który wszystko im wytłumaczył. Powiedział im, iż nieopodal stacjonują oddziały polskie, zdziesiątkowane podczas bitwy o Monte Casino. Chcą uzupełnić straty pojmanymi Polakami. Każdy, kto chce może do nich dołączyć, kto nie chce pozostanie w obozie. Wszyscy się zgodzili. Oficer ofiarował im polskie gazety i obiecał, że następnego dniazostaną wywiezieni z Ankony statkiem. Tak też się stało. Okręt zatrzymał się parę kilometrów od brzegu, gdyż w porcie było pełno pozatapianych statków. Polaków przetransportowano na okręt małymi łódkami.
Statek płynął cały dzień i zawinął do portu pod wieczór. Następnie żołnierze wsiedli do pociągu, który przewiózł ich w poprzek Włoch, do Taranto, położonego nad morzem Śródziemnym. Następnie przewieziono ich samochodami do polskiego obozu wojskowego, znajdującego się w pobliskim lesie. Był to obóz namiotowy. Wszystkie te wydarzenia miały miejsce we wrześniu 1944 roku. Wszyscy otrzymali wyposażenie i jedzenie. Dziadek wspomina, iż: "Nikt nie karmił ich tak jak Polacy". Dostali zupę mleczną, 1/3 chleba, który miał im wystarczyć do obiadu następnego dnia. Rano dostali kawę. Za 3 dni zarządzono zbiórkę. Wszyscy ustawili się w dwuszeregu. Mój dziadek stał w szeregu z tylu. Ku własnemu zdziwieniu zauważył własnego brata, który, jako wykształcony człowiek pełnił rolę notariusza. Zaraz po zakończeniu apelu zaczął machać rękami i wołać: „Pitlok, Pitlok(...)". Spotkali się znowu, po wielu miesiącach rozstania. Józef przybył tam już dwa tygodnie wcześniej, pełnił rolę notariusza, gdyż studiował. Dziadek otrzymał rangę Bombardiera - jedną „belkę". Dostał ją dlatego, że w wojsku niemiecki również posiadał owy stopień. W listopadzie z Fiolanty żołnierze przeszli na front pod Florencję. W kwietniu 1945 roku rozpoczęła się ofensywa (Rosjanie docierają pod Berlin). Co chwilę samoloty alianckie bombardowały przeciwnika. Siły Angielsko — Amerykańsko - Polskie stacjonujące wcześniej we Włoszech ruszyły na oddziały Niemieckie, które nie stawiały już zbyt dużego oporu. Dopiero w Boloni stoczono bitwę — ostatnią, w której młody Antek brał udział. Następnie Polaków przydzielono do okupacji Włoch, a wojska Angielsko — Amerykańskie ruszyły dalej. Polacy sądzili, że po pokonaniu Niemców Amerykanie i Anglicy pomogą im wypędzić Rosjan z Polski. Pomylili się jednak. W maju wojna się zakończyła. Ale to jeszcze nie był koniec perypetii wojennych mojego dziadka.
Przyszedł rozkaz, aby rozwiązać wojsko Polskie we Włoszech. Polska była zajęta przez Rosję, dlatego zaproponowano żołnierzom wyjazd do Kanady, gdzie potrzebowano rolników do pracy na farmach. Dwudziestokilkuletni człowiek widział dużą szansę w takiej propozycji, podpisał listę, ale po rozmowie z bratem zmienił zdanie (dzięki Bogu, bo w przeciwnym wypadku nie byłoby mnie na świecie). Oboje pomyśleli, że rodzicom będzie smutno „tracić" dwóch synów naraz. Brat Józef postanowił bowiem studiować w Rzymie w szkole Salwatoriańskiej i zostać misjonarzem. Tak też zrobił. Udał się do Rzymu, a dziadek rozpoczął swą długą drogę do domu. Józef pojechał do Nami w Terni, gdzie przez 2 lata uczył się języka włoskiego. W roku 1950 zakończył studia na wydziale teologii w Rzymie, później udał się do Anglii na pół roku, aby wreszcie wyjechać na 11 lat na misje do USA. Obecnie przebywa w klasztorze księży Salwatorianów w Mikolowie (zmarł w 20 kwietnia 2012).
Dziadek natomiast we wrześniu 1946 wsiadł na okręt w Neapolu i popłynął do Anglii. Wspomina, że statek płynął bardzo blisko brzegu. Można było zaobserwować światła wielkich miast Hiszpańskich i Portugalskich. Pasażerowie widzieli jeżdżące po ulicach tramwaje i samochody. Po 9 dniach podróży rozpoczęła się okropna morska burza, która trwała 24 godziny. Gdy statek się przez nią przedarł znalazł się w pobliżu portu w Liverpoolu. Nie mógł jednak tam zawinąć, ponieważ nie było miejsca, popłynął więc do Glasgow, gdzie musiał poczekać, z powodu odpływu. Po przypływie statek wreszcie dobił do wybrzeży Szkocji.
Ludzi przetransportowano do obozu, na który składały się blaszane baraki, znajdującego się w lesie nieopodal Londynu. Wrzesień był bardzo deszczowy. Co chwilę padało, wypogodziło się dopiero w następnym miesiącu. Wtedy to ludzie najmowani byli do zbiorów ziemniaków na położonych niedaleko polach uprawnych. Ciekawy świata członek rodziny Pitlok zapragnął zobaczyć Londyn. Powiedział, że jedzie odwiedzić kolegę, kupił bilet do Stolicy Anglii i pojechał. Wspomina, iż pociągi w Anglii były wyjątkowo wygodne i
ekskluzywne, a ludzie niesamowicie uprzejmi i mili. Spędził dwa dni w mieście. Podczas tego pobytu bardzo dużo zwiedził. W pierwszym dniu spotkał grupę Polaków, u których przenocował. Wspomina, iż widział metro, ale bał się do niego wsiąść, ponieważ nie wiedział gdzie go ono zawiezie. Kierowany ciekawością wsiadł natomiast do piętrowego autobusu, umiejscawiając się oczywiście na piętrze. Po dwóch dniach powrócił do obozu w Kilmann Rock, gdyż nie umiał się dogadać z mieszkańcami Miasta mówiącymi zbyt szybko. Znał tylko proste zwroty, których nauczył się w obozie. W barakach przesiedzieli do końca roku. Pod koniec grudnia wyjechali autobusami do Szkocji, mieli bowiem stamtąd odpłynąć do Polski. Powrócili jednak do Londynu, aby załatwić wizy: Następnie znów wrócili do Szkocji, wsiedli na statek i popłynęli do ojczyzny na początku stycznia 1947 roku. Wypłynęli z Glasgow, pożegnani przez orkiestrę, przepływając przez cieśninę oddzielającą Danię od Norwegi podziwiali w nocy miasta portowe. Rankiem następnego dnia zawinęli do Gdańska. Udali się do konsulatu po bilety do domu. Około 8:00 przyjechał wraz z przyjacielem Józefem Gocem na dworzec w Pszczynie.
Gdy dreptał do domy przywitał go kochany kudłaty piesek. Tak zakończyła się historia wojennych perypetii mojego dziadka, Antoniego.

Niech nikt nie zapomni.....


Nie wolno zapomnieć dróg do wolności Polski, którymi kroczyli nasi dziadkowie, ojcowie. „Naród, który nie rozumie samego siebie, który nie wie skąd pochodzi, i nie urnie ocenić własnych walorów oraz słabości, grozi upadek"; tak w swej książce pisze Andrzej Albert. Tym co najbardziej jednoczy ludzi mieszkających w jednej ojczyźnie jest świadomość wspólnej przeszłości, historii, która dotyczy każdego mieszkańca. Sądzę, że konkursów takich jak ten należy organizować jak najwięcej. Należy nakłonić młodych ludzi do tego, aby „poszperali" w historii własnych przodków. Aby dowiedzieli się, z jakim oddaniem i zapałem walczono kiedyś o lepszą przyszłość dla nas. Główną drogą do historycznej prawdy powinny stać się, oprócz lekcji w szkole, także przekazy naszych przodków. Można by powiedzieć, że są dużo lepiej „przyswajalne przez organizm", aniżeli sucha wiedza książkowa. Historia powinna także być swoistą przestrogą, powinna nie dopuścić do tego, aby pewne wydarzenia powtórzyły się na nowo. Doświadczenia naszych przodków, które nam przekazali, powinny pokazywać nam sposoby rozwiązywania pojawiających się niejednokrotnie problemów. Powinna nam przypominać o tych wartościach, o których zapomniano lub ch dano zapomnieć na frontach wielkich wojen światowych XX- w. Powinna przypominać każdemu z nas, że każdy człowiek, niezależnie od yznania, czy koloru skóry, ma swoją godność i jest równy innym w swych prawach.
Obecnie nie należy jednak żywić wrogości do sąsiadów Polski takich jak Niemcy, czy Rosja. Należy sobie wzajemnie przebaczyć. Bowiem odpowiednie stosunki z tymi mocarstwami położonymi tak blisko naszej ojczyzny mogą gwarantować nam spokój.


na zdjęciu: od lewej ++ Antoni Pitlok , ++ ks.Józef Pitlok



Pamiętajmy o naszej historii ...








wpis dodano: listopad 2013, admin



Parafialna Rada Duszpasterska | Schola | DSL | Renowacja| Reklama| Mapa strony| Mod|
Copyright © 2009-2017. All Rights Reserved Parafia Grzawa - Portalwww







stat4u